
Dawno nie pisałam. Miałam nawet pomysł, całkiem ciekawy. Nowy post układałam w głowie sto tysięcy razy. Lecz pewne rzeczy tracą swój urok, gdy opuszczają umysł.
Ale...
Myślałam o tym, co mi powiedziałaś. Z jednej strony ciekawa jestem kto dokładnie i co na mój temat powiedział w kwestii alkoholu choć z drugiej nie. Bo być może masz rację. Ja wiem, że mam problem ze sobą. Do tego, że mam z alkoholem jeszcze nie doszłam. Ale pomyśl co ja zrobię jak mi powiesz "nie pij tyle"? Pójdę grzecznie do domu i będę tworzyć chore wizje na temat tego co aktualnie robi mój facet, a nawet jeśli nie, to i tak nie będę spać do rana, bo po prostu nie mogę. Nie wiem czy wiesz, ale zakładam, że tak, jak to jest gdy czujesz, że pęknie Ci serce albo głowa. Fizycznie nic nie dolega ale psychicznie po prostu umierasz. Czy to jest lepsze uczucie? Jak wracam z palarni, czy z pubu, po sympatycznym wieczorze z ekipą, która oprócz tego, że idzie się napić, to idzie też dlatego, że ja idę, z którą fajnie się rozmawia, gdy zapominam o problemach, jak wracam do domu, to mam wyjebane na wszystko, zmywam makijaż, zrzucam ubranie i padam spać, nie martwiąc się o nic, a rano, zamiast spoglądać na telefon w poszukiwaniu sms-a, który jak mniemam rano mi się należy, myślę tylko o tym, że boli mnie głowa i nie mam apapu. Nie wiem jak to powiedzieć ale ja po prostu lubię ten stan. Zanim dopadną mnie zmartwienia i ten codzienny, permanentny ból, którego nie jestem w stanie przezwyciężyć, te chwile mają naprawdę olbrzymie znaczenie. Nie chodzi mi tylko o problemy w związku ale o wszystkie, o wszystko o co się martwię, a tego jest dużo, tylko staram się to ukrywać. Są rzeczy, o których w ogóle nie mówię - albo zbyt bolesne by mówić głośno albo zbyt skomplikowane by ubrać w słowa. Tak czy inaczej, trudno jest zrezygnować z tego, tak jak z palenia, które wielbię i kocham i czasem pomaga mi przetrwać w jasności umysłu, kiedy czuję, że już nie wyrabiam. Bo jeśli rezygnować, to nasuwa się pytanie - co w zamian? Co? Życia nie mierzymy w długości, a w jakości. A jeśli jakość kuleje, to każdy sposób jest dobry, by ją choć trochę prowizorycznie podbudować. Nie wiem czy dobrze, że Ci to piszę. Nie wiem czy zrozumiesz. Ale jeśli faktycznie, masz takie problemy jakie twierdzisz, że masz i zaczęło się podobnie, choć w to jakoś nie mogę się przekonać by uwierzyć, to na pewno zrozumiesz co mam na myśli pisząc to. Więc proszę, nie moralizuj. Najpierw o związku, teraz o piciu. Ja wiem, że się pogrążam. Ale czasem trzeba sięgnąć dna, żeby się od niego odbić. Choć liczę się z ryzykiem, że to nie zawsze się udaje. Jednak nie żyje ten, kto nie ryzykuje.














