piątek, 2 września 2011

PROTECT ME FROM WHAT I WANT.

Dzisiaj zrozumiałam, że są rzeczy nam przeznaczone. Są powody, dla których dobieramy się w pary. Istnieją też i takie, dla których tkwimy w niszczących nas związkach. Nie każdy musi wierzyć w przeznaczenie. Można po prostu powiedzieć, że pociągają nas rzeczy, których nie możemy posiąść. Ja niestety zmagam się ze swoją naturą łowcy, która nienawidzi uległych facetów, takich do rany przyłóż, miłych etc. I dlatego właśnie pokochałam faceta, który wymyka mi się ciągle przez palce. I chyba dlatego to tyle trwa. Dzisiaj sobie to uświadomiłam. Pomiędzy przeżywaniem kaca, po pseudofilozoficznej nocy z wczoraj, a skurczami brzucha, spowodowanymi okresem z dzisiaj, nagle mnie olśniło. Znam powód swojej nieszczęśliwej miłości. Wow. Niestety to nie jest film, nie dostane Oscara za nieprzewidywalny zwrot akcji, tylko będzie tak, jak zawsze w życiu. Nic się nie zmieni. A ja dalej rozpaczliwie szukam antidotum na złego faceta w gorszym, ziemia się kręci, Chińczycy się mnożą, dług publiczny rośnie etc etc... Jedyne rozwiązanie na jakie błyskotliwie natknęłam się w zakamarkach mojego umysłu, to takie, iż muszę robić dokładnie to, co on. Być taka sama, tajemnicza, ciągle pokazywać, że nie może mnie posiąść, że trzeba zabiegać. Bo inaczej w końcu roztopię się we własnej goryczy i łzach, jeśli wcześniej nie zeżrą mnie wrzody. Wszystko jest możliwe. Wiem, że bez niego dam sobie radę. Że to kiedyś przestanie boleć. Że jest szansa na nieskończenie w roli starej panny. Ale ja tego nie chcę. Bo życie bez niego nie jest takie samo. Niby wszystko działa na tych samych zasadach ale we mnie jest taka wielka pustka. Podobno ją widać, przynajmniej tak słyszałam. Czarna dziura. Są chwile, kiedy chciałabym nie mieć tego dylematu ani żadnego innego. Po prostu się położyć i mieć wszystkie problemy tego świata gdzieś. Ale to nie jest jednak takie proste. Może powinnam być większą egoistką. Kiedyś miałam wszystko w dupie, robiłam co chciałam i było mi dużo lepiej. A teraz? Staram się dopasować do cywilizowanych i społecznie pożądanych wzorców i jest mi, nie inaczej, jak źle. Także bilans jest prosty.
Czasem chce mi się krzyczeć. Zabierzcie mnie stąd.
Wczoraj czekając na kumpla w centrum miasta, grupka nawiedzonych gości grała rockowe pieśni religijne i jeden z nich przekonywał zgromadzony tłum do tego, iż każdy z nas może zwrócić się do Jezusa i powiedzieć: "Ratuj mnie!" i on faktycznie pospieszy nam z pomocą. Tak, jasne. Że niby cywile, zabijani podczas wszystkich wojen, się nie modlą? I co wtedy. Nic. Dalej są zabijani. A co ja mam powiedzieć? Ratuj mnie przede mną samą? To chyba moja rola, żeby ogarnąć własne życie, niczyja inna. Choć jakże pięknie by było narobić sobie syfu w życiu, wiedząc, że ktoś przyjdzie i pomoże nam posprzątać. Ale tak nie jest. Nikt nie przyjdzie z pomocą. Więc mówię sobie głośno:
"Chroń mnie przed tym, czego pragnę."

poniedziałek, 30 maja 2011

LOVE / HATE


Nienawidzę Cię za wszystko.

Za nas.
Za to, że dałeś mi nadzieję.
Za to, że ciągle dajesz mi ją na nowo.
Za ciągłe cierpienia.
Za to, że przez Ciebie zraziłam się do mężczyzn.
Za to, że nie ufam kobietom.
Za wszystkie marzenia, które razem budowaliśmy.
Za to, że zniszczyłeś je w sekundę.
Za to, że mój świat runął.
Za to, kim się przy Tobie stałam.
Za to, że straciłam pewność siebie.
Za kobietę, którą się stałam i której nie poznaję.
Za wszystkie łzy, które wylałam.
Za wszystkie złe chwile.
Za to, że nie jesteś tego warty.
Za te kłamstwa, którymi mnie karmiłeś.
Za moją nerwicę natręctw.
Za to, że mam wszystkiego dość.
Za zmarnowane wieczory na gapieniu się w ekran komórki.
Za fałszywe uśmiechy.
Za niespełnione obietnice.
Za moje wrzody żołądka.
Za nerwową atmosferę.
Za to, że czuję się starsza o 10 lat.
Za to, że uczyniłeś swój świat moim.
Za to, że potem zamknąłeś mi drzwi do niego przed nosem.
Za utratę wiary.
Za to, że czuję się głupia i naiwna.
Za to, że ciągle się boję.
Za to, że krzyczę na niewinnych ludzi, żeby wyładować złość.
Za wszystkie wspólne chwile.
Za to, że otworzyłam się przed Tobą.
Za poczucie bezpieczeństwa.
Za to, że naprawdę zmieniłam się dla Ciebie.
Za to, że teraz nienawidzę siebie.
Za to, że jestem przy Tobie bezbronna.
Za rozwalone telefony, którymi rzucałam o ścianę.
Za potłuczone naczynia z rozpaczy.
Za to jakim strasznym człowiekiem się stałam.
Za to, że Ci zaufałam.
Za to, że mnie ranisz.
Za to, że wciąż nie uciekam, chociaż wiem, że powinnam.
Za huśtawki nastrojów.
Za to, że dowiedziałam się jak to jest, gdy pęka serce.
Za wszystkie dobre chwile.
Za wszystkie złe chwile.
Za to, że czuję się taka beznadziejna.
Za to, że popełniam w kółko te same błędy.
Za domek na wsi, zbudowany z marzeń.
Za to, że nie mam siły.
Za brak radości.
Za smutek w oczach, który mnie zdradza.
Za to, że jesteś.
Za wszystkie inne rzeczy, których nie wymieniłam.
Za całe zło świata.
Za "kocham Cię", które napisałeś mi na dłoni.
Za nadzieję.
Za głód na świecie i wojny w imię religii.
Za to, że jesteś facetem.
Za to, że nie jesteś kobietą, wtedy nienawidziłabym Cię bardziej.
Za to, że seks już nigdy nie będzie taki sam.
Za marnowanie mojego czasu.
Za brak energii.
Za wszelkie frustracje.
Za to, że się nie zmienisz.
Za to, że się nie starasz.
Za to, że wcale tego nie chcesz.
Za to, że ciągle Ci wierzę, choć zawiodłam się tyle razy.
Za to, że mam ochotę Cię zabić ale nie mogę.
Za to, że masz pieprzone szczęście w życiu.
Za to, że tak na mnie działasz.

Za to, że ciągle kocham Cię tak mocno, że cała nienawiść nic nie daje.




Za ciągłą wiarę w to, że jeszcze będzie dobrze.

sobota, 7 maja 2011

Bo kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że jesteś zupełnie sam.

Nie ma już nas.
Jestem ja.
I cisza.
Pustka.
Nic.

Nagle, jak ręką odjął, nie ma nikogo.
Brak miłych gestów, słów i ludzi.
Jak świat wali Ci się na głowę, to nie licz na to, że ktoś ci pomoże.
Na samym dnie walczysz już tylko sam ze sobą.

Zawsze się tego bałam.
Myślałam, że serce pęknie.
Że umrę psychicznie.
Że nie dam rady.

Lecz dopiero teraz dotknęłam dna samotni.
Nie mogę się odbić.
Albo nie chcę.
Chyba nie mam siły.
Boję się, że to nie koniec.

Najpierw przyszła ulga.
Nie możesz mnie już bardziej zranić.
Nawet nie wiesz, jak bardzo się myliłam.
To jest nie do opisania.

Lecz ciągle mam nadzieję.
Że między nami jeszcze będzie dobrze.
Czy to głupie i naiwne?
Być może.
Czy dostarczy mi nowych cierpień?
Pewnie tak.

Ale nie mogę.
Po prostu nie mogę.
Uwierzyć, że to koniec.

Że już nie ma nas.
Że teraz muszę iść sama.
Że już nie zobaczę jak uśmiechasz się na mój widok.
Że nigdy już nie uśmiechnę się widząc Ciebie.

A może to jeszcze nie jest dno.
Ciągle słyszę echo studni.
Nie poddam się teraz.
To nie ten moment.
Jeszcze nie...

Jeszcze może być dobrze.

Idę.

środa, 27 października 2010

Do Ostrej słów kilka...


Dawno nie pisałam. Miałam nawet pomysł, całkiem ciekawy. Nowy post układałam w głowie sto tysięcy razy. Lecz pewne rzeczy tracą swój urok, gdy opuszczają umysł.


Ale...


Myślałam o tym, co mi powiedziałaś. Z jednej strony ciekawa jestem kto dokładnie i co na mój temat powiedział w kwestii alkoholu choć z drugiej nie. Bo być może masz rację. Ja wiem, że mam problem ze sobą. Do tego, że mam z alkoholem jeszcze nie doszłam. Ale pomyśl co ja zrobię jak mi powiesz "nie pij tyle"? Pójdę grzecznie do domu i będę tworzyć chore wizje na temat tego co aktualnie robi mój facet, a nawet jeśli nie, to i tak nie będę spać do rana, bo po prostu nie mogę. Nie wiem czy wiesz, ale zakładam, że tak, jak to jest gdy czujesz, że pęknie Ci serce albo głowa. Fizycznie nic nie dolega ale psychicznie po prostu umierasz. Czy to jest lepsze uczucie? Jak wracam z palarni, czy z pubu, po sympatycznym wieczorze z ekipą, która oprócz tego, że idzie się napić, to idzie też dlatego, że ja idę, z którą fajnie się rozmawia, gdy zapominam o problemach, jak wracam do domu, to mam wyjebane na wszystko, zmywam makijaż, zrzucam ubranie i padam spać, nie martwiąc się o nic, a rano, zamiast spoglądać na telefon w poszukiwaniu sms-a, który jak mniemam rano mi się należy, myślę tylko o tym, że boli mnie głowa i nie mam apapu. Nie wiem jak to powiedzieć ale ja po prostu lubię ten stan. Zanim dopadną mnie zmartwienia i ten codzienny, permanentny ból, którego nie jestem w stanie przezwyciężyć, te chwile mają naprawdę olbrzymie znaczenie. Nie chodzi mi tylko o problemy w związku ale o wszystkie, o wszystko o co się martwię, a tego jest dużo, tylko staram się to ukrywać. Są rzeczy, o których w ogóle nie mówię - albo zbyt bolesne by mówić głośno albo zbyt skomplikowane by ubrać w słowa. Tak czy inaczej, trudno jest zrezygnować z tego, tak jak z palenia, które wielbię i kocham i czasem pomaga mi przetrwać w jasności umysłu, kiedy czuję, że już nie wyrabiam. Bo jeśli rezygnować, to nasuwa się pytanie - co w zamian? Co? Życia nie mierzymy w długości, a w jakości. A jeśli jakość kuleje, to każdy sposób jest dobry, by ją choć trochę prowizorycznie podbudować. Nie wiem czy dobrze, że Ci to piszę. Nie wiem czy zrozumiesz. Ale jeśli faktycznie, masz takie problemy jakie twierdzisz, że masz i zaczęło się podobnie, choć w to jakoś nie mogę się przekonać by uwierzyć, to na pewno zrozumiesz co mam na myśli pisząc to. Więc proszę, nie moralizuj. Najpierw o związku, teraz o piciu. Ja wiem, że się pogrążam. Ale czasem trzeba sięgnąć dna, żeby się od niego odbić. Choć liczę się z ryzykiem, że to nie zawsze się udaje. Jednak nie żyje ten, kto nie ryzykuje.



wtorek, 21 września 2010

Life's a bitch. And then you die...

Ten post jest zamieszczany z pewnym opóźnieniem, ponieważ tekst powstał
7 lipca późno wieczorem ale nie miałam dostępu do komputera, więc zapisałam w telefonie. I dopiero teraz się zebrałam aby przepisać. Głównie dlatego, że długość życia mojego telefonu jest wątpliwa. Głównie przez to, że zupełnie niesprawiedliwie dostaje za to, za co najczęściej powinien dostać dość częsty rozmówca, zwany także, czasem nie wiem czy dobrze, moim facetem.

Tekst powstał, jak (dla odmiany) było mi źle, w domu, za drzwiami pokoju byli ludzie, oglądali mecz drąc ryje, a ja się schowałam przed światem i jak teraz to wspominam, po ponad 2 miesiącach, to do kurwy nędzy nie wiem, tak naprawdę, czemu wtedy mi było źle? Bo potem było gorzej...


"Miałam nie palić w pokoju,
w którym śpię.
I proszę bardzo,
palę.
Ale w tej chwili mam to w dupie.
Ja i tak kurwa źle śpię
i się nie wysypiam.
A jak już zasnę,
to śni mi się seks.
Pewnie dlatego,
że nie mam go w realu.
To nadrabiam w snach.
Masakra.
I miałam dzisiaj nie pić.
Ale nie wytrzymałam.
Dobrym pomysłem było
zostawienie
tego ostatniego kieliszka wina
na czarną godzinę.
Jutro kupię butelkę.
Ostatnio czarnych godzin bywa wiele.
Zbyt wiele.
W dupie mam statystykę.
I te zaliczenia.
I mecz i wszystkich ludzi.
Brakuje mi mojego kota.
Czemu tak musiało być?
Czasami mam ochotę stąd uciec.
Wsiąść do pociągu
i po prostu pojechać w siną dal.
Kurwa.

Powiedz tylko słowo,
a rzucę to wszystko w 5 sekund."






Bo tak już jakoś jest.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Seks i alkohol przyjmę w każdej ilości.



Ja pierdolę. I znów będzie narzekanie. Jest niedzielno-poniedziałkowa noc, a ja jutro, a w zasadzie dzisiaj muszę wstać o 6. Zajebiście. I pomyśleć, że powinnam się cieszyć, bo od dzisiaj oficjalnie mam wakacje. Wreszcie. Ale jakoś nie chcę mi się spać. Chcę mi się seksu. I pić. Na szczęście do tego drugiego miałam łatwiejszy dostęp, bo wystarczyło udać się do lodówki, gdzie dla własnego i innych bezpieczeństwa, trzymam coś zawsze na czarną godzinę, taką jak ta. A już miałam wczoraj pisać, jak to zaczęła się dobra passa, moje życie seksualne odżyło w niesamowitej prędkości i nabrało sadomasochistycznych rumieńców, a tu nagle regres jak chuj. Było dobrze od środy. Do wczoraj rano. No kurwa. I teraz ile będę czekać na powrót tych dobrych momentów, bycia miłym, spędzania razem czasu, no i przede wszystkim seksu?! Pewnie kurwa z miesiąc. Na to tylko, żeby potem cieszyć się parę dni i korzystać jak tylko się da, bo w każdej chwili może się zmienić jak w kalejdoskopie. Dzisiaj już nie było różowo. Nie było seksu. "Jestem śpiący" - wczoraj wieczorem, spał kurwa 13h, a ja czekałam jak ta pizda, aż się obudzi, ja tu tego, a ten wstaje i "jestem głodny", a potem wpierdolił śniadanie, zostawił burdel w kuchni i zasiadł do konsoli. Kiedyś kurwa nie wytrzymam. To poszłam do wanny, aby ze złości nie rozjebać 42 cali i nie powiedzieć czegoś, czego nie będę już mogła cofnąć, a ten przychodzi i się pyta "co tam?", No kurwa. "Nic tam, kurwa, masz 5 sekund, żeby opuścić to pomieszczenie" - myślę. Ale nie mówię. Czemu tego nie mówię, się zastanawiam. Bo i tak by chuj z tego był. Powiedziałby "aha" i wrócił do konsoli, albo jeszcze, co ciekawsze, by się obraził. Faceci są w tej dziedzinie arcymistrzami. Szkoda, że kurwa na olimpiadzie nie ma takiej dyscypliny. Jako naród moglibyśmy wreszcie mieć się czym pochwalić. No nic, wyszłam z wanny, a ten sobie kurwa poszedł gdzieś. Po jakimś czasie odreagowałam, jest ok. Wraca. Popierdolił smuty, zasiadł do komputera. Kurwa. Ja pierdolę, jesteśmy w tym samym mieszkaniu, to czemu, do jasnej pizdy, piszemy do siebie na gtalku? On przy jednym kompie, ja przy drugim. Nosz fak. A potem przyszedł i mówi, że wychodzi za pół godziny. Zajebioza, kurwa, istna poezja. "Mieliśmy razem spędzić tę niedzielę. RAZEM." - mówię. "Fakt" - pada lakoniczna odpowiedź. Jak kurwa na wszystko. I poszedł. "Ale wrócę za pół godziny." - usłyszałam na odchodne. "Jasne, kurwa. Jasne." Za dobrze znam skurczybyka. Wrócił po prawie 3 godzinach. I mówi, że mnie kocha. Nie no super, skakałabym, z radości, gdyby nie to, że nie robi to na mnie wrażenia. Nie w takiej formie. Nie w takiej sytuacji. Mówię więc "słowa nic nie znaczą, jeśli nie są poparte gestami". A on w odpowiedzi poszedł spać. No bo przecież o 6 trzeba wstać i jechać kurwa do pracy. No pewnie. Ja pierdolę. "Ale ja nie śpię, ja na Ciebie czekam." - słyszę zza ściany. "To nie czekaj." "Ale jak to, nie chce Ci się spać?" - szok, normalnie. "Chce mi się pić." - odpowiadam zgodnie z prawdą, po czym przymykam mu drzwi i idę zrobić sobie drinka, z którym zasiadam do pisania tych smutów. Czasem nóż się otwiera w kieszeni. Gdybym mogła wybierać chciałabym być aseksualna. Po prostu. Albo chociaż być lesbijką i lać na facetów ciepłym moczem. Dość mam kurwa tego. W tym miesiącu zostałam już trzy razy zapytana o to, "czemu wy jesteście jeszcze razem?" Kurwa. Gdyby nie to, że kocham go jak nikogo nigdy, to bym pewnie już dawno urządziła jesień średniowiecza i poszła sobie kurwa w swoją stronę. Wróciłyby stare nawyki. Czasem myślę, że to mnie niszczyło psychicznie. Samoupokorzenie za każdym razem. Ale czy teraz nie męczę się bardziej? Czy każda wylana łza, każdy skurcz brzucha, każdy wypity kieliszek, to nie jest dowód cierpienia, które wymyka się z pod kontroli? Ale nie odejdę w swoją stronę. W żadną nie odejdę. Zostanę, wiem to na pewno. Czasem dziwimy się, czemu kobiety są z facetami, którzy je ranią. A to nic innego jak miłość podpowiada nam takie rozwiązania, zupełnie ignorując głos rozsądku, który przecież chce nam pomóc. My też go olewamy. Czasem wydaje mi się, że to wszystko moja wina. Być może ojciec mówi mi to zbyt często, być może siostra za dużo wpaja mi swoich racji, ale czuję, że jednak wiem lepiej. Może kiedyś przyjdzie taki moment, że będę pewna swoich decyzji, a nawet z nich zadowolona. A teraz obecna sytuacja, z dobrą i złą passą, przypomina mi inną, z przed kilku lat. Z Panem U. On tez miał takie skoki, zmiany totalne, a ja wtedy śmiertelnie zapatrzona i do bólu zakochana, znosiłam dzielnie wszystko. Wtedy było jeszcze gorzej, bo przecież nigdy nie byliśmy razem, a on nawet nie wiedział, że jego jedno słowo, było dla mnie ważniejsze niż milion słów wszystkich innych. Wtedy myślałam jeszcze, że to uczucie jest dobre. Że to nie jest masochistyczne złudzenie miłości, której nigdy nie było. Że przecież robię sobie krzywdę. Chociaż patrząc z perspektywy czasu na całe moje życie, to autokrzywda jest moim drugim ja. Pamiętam jak dziś te momenty. Zima, -20 stopni, to nic. Mogłam zamarzać na ławce, żeby tylko być w jego towarzystwie. Spędzić te parę godzin. Bałam się drgnąć, popatrzeć na zegarek, żeby nie usłyszeć "dobra, zbieramy się". W lato raniłam sobie stopy niewygodnymi japonkami, a potem szłam boso do domu, bo on miał jeszcze szybsze tempo chodzenia niż ja. Ale nic to. Wtedy nie liczyło się nic innego, tylko chwila obecna. Ten moment. Chłonęłam go całym sobą. Gdy myślę o tym dzisiaj, wciąż nie żałuję ani chwili. Wtedy było pięknie. A potem słuchałam o nowych dziewczynach. Jak się wiązał i jak się rozstawał. I zawsze wracał do mnie, pogadać, pospacerować. Jak to kiedyś ujęłam "to był człowiek, z którym przeszłam najwięcej kilometrów w życiu". Symboliczne znaczenie prawie, jakby się nad tym zastanowić. Ale nie mam jakoś szczęścia do relacji damsko-męskich. Po jakimś czasie osoba, która była dla mnie podporą i kawałkiem nieba, staje się źródłem największych cierpień. Mówię tu o nich dwóch, bo przemiana podobna. Tylko relacja trochę inna. A może to we mnie tkwi problem? Czasem tak myślę. Może kiedyś jak już będę kłębkiem nerwów, większym niż teraz, większym niż można to sobie wyobrazić, to się ogarnę i stanę na nogi. Zacznę jeszcze raz. Ale to nie dziś. Nie jutro. Nie teraz. Jeszcze nie nadszedł czas.


poniedziałek, 19 lipca 2010

"Miłość to połykanie piasku wyschniętymi wargami."



...Czyli trochę smętnych staroci, które w końcu zebrałam do kupy. Żeby nie było na tym blogu zbyt optymistycznie.

Ten mądry cytat przeczytałam kiedyś w czyimś kalendarzu, siedząc na bezpłodnym wykładzie, który jeszcze pogarszało to, że nie wzięłam okularów. Powiedziałam wtedy, że zgadzam się i ten cytat jest bardzo fajny, bo pasuje do rzeczywistości, tak to moim zdaniem wygląda. Wszystkie dziewczyny na około mnie się zdziwiły i stwierdziły, że one go nie rozumieją. Powiedziałam im, że życzę aby nie rozumiały go jak najdłużej. I wychodzi kurwa na to, że tylko ja mam takie dziwne problemy. Cytat ten zainspirował mnie do napisania czegoś jeszcze bardziej anty-love (nowe słowo?):


"Miłość gorsza jest niż nienawiść,
bo twarz nienawiści to zawiść,
a miłość ma tysiąc twarzy,
tysiąc opcji wydarzeń.

I tylko zabić się można z rozpaczy,
z żalu i z bezsilności,
albo zachlać twarz po tysiąckroć.
Do nieprzytomności..."

styczeń 2010r.



A potem jeszcze były takie cuda (lipiec 2010r.):

"Serce jest jak poduszka do szpilek."





<----------
A potem się okazało, że ludzie już dawno na to wpadli (!) i nawet takie robią i sprzedają. Po 30 złotych! Prawie voodoo chyba to jest ;-)











Ostatnio mam tak dość, że nawet nie wiem jak mam to opisać, budzę się zmęczona bardziej niż jak się kładłam, brzuch boli, jakby ktoś przypierdolił bez skrupułów prosto w żołądek. Wstaję rano, mam ochotę się porzygać, ale niestety nie można wyrzygać wszystkich problemów, całego życia i smutku. Gdyby można było, pewnie miałabym anoreksję emocjonalną. I dobrze.

Jak bardzo chciałabym kiedyś się obudzić i nie czuć nic. Nie kochać, nie nienawidzić, nie czuć smutku, ani złości. Dla tej permanentnej apatii poświęciłabym nawet uczucia takie jak radość, bo ich i tak jest nie wiele,
a przecież po nich przychodzi szarość.

Jak śpiewała kiedyś Chylińska w piosence "Niczyja"
(nie ma jak stare dobre O.N.A.):

"...Są noce kiedy nie chce się żyć
Są czarne chwile, nie każda mija..."


I taka jest kurwa przykra prawda. Chociaż ja mam raczej takie dni, nie noce, bo nocami jakoś odżywam, jest mi lepiej, mogę odetchnąć. A za dnia czuję się przytłoczona. Było tak odkąd pamiętam.

Teraz piszę te pierdoły, bo po prostu nie mogę znaleźć motywacji i siły psychicznej aby się uczyć do sesji, czyli dwóch egzaminów w najbliższą sobotę. Statystyki nie liczę, bo mam poprawkę. Wrzesień welcome to, kurwa. Może marne pocieszenie ale Słonia i Ostra też mają, także nie jestem może aż takim głąbem. Pierdolę.

A skoro już jesteśmy przy starociach, to trochę wspomnień smsowych.



Sms do Tygrysa, 2 grudnia 2009 rok, wieczór:


"Pierdolę facetów. Baby też pierdolę.
Chuj kurwa, czasem mam tak dość wszystkiego,
że nawet płakać mi się nie chce. W dupę."


Wtedy miałam jakiegoś doła, nie pamiętam już dlaczego, wiem tylko, że w porównaniu do tego co czułam i myślałam 5 dni później (6/7 grudnia), to był zwyczajny pikuś. Kurwa, wtedy się właśnie zaczęło sypać. I się sypie do tej pory. Wszyscy to kurwa widzą, tylko ja staram się nie. Przecież wiem, nie jestem ślepa. Ale mam kurwa zbyt duże pokłady nadziei chyba. Czemu nie mogę kurwa kiedyś po prostu pierdolnąć drzwiami i sobie pójść w siną dal? Czemu kurwa jestem tak słaba i beznadziejnie zapętlona we własne racje, że nie mogę zebrać się do kupy i raz zrobić czegoś rozsądnego. Żeby poprzeć teorię stosownym przykładem, poniżej kolejny, już nie tak odległy sms.



Sms do Ostrej, 6 lipca 2010 rok, gruba noc:


"Wkurwiłam się dzisiaj niemiłosiernie.
Taka czarna rozpacz.
I nawet się nie ma gdzie schować.
Kiedyś mu przypierdolę tak,
że odbiję sobie za te wszystkie złe chwile."


A potem jej popierdoliłam smuty w ramach życzeń urodzinowych,
bo akurat się złożyło, że takowe miała. Takie oto te życzenia były:


"A tak pozatym to sto lat, sto lat!
Trochę czarne życzenia urodzinowo imieninowe.
Ale za to z serca. A może z głowy, jako że rozum jest lepszym doradcą.
Życzę Ci, żebyś nigdy nie miewała takich chwil jak ja mam teraz.
I żebyś nigdy niczego nie żałowała.
I myśl tylko o sobie, bo nie warto o innych."


Czasami sobie wyobrażam masakrę i destrukcję. Jak robię burdel stulecia, jakby tajfun przeszedł, a potem zapalam papierosa, zbieram swoje rzeczy i jadę spokojnie do domu. I jakoś mi się lepiej robi jak tak sobie imaginuję. A potem wzdycham, wstaję i idę koszule prasować albo robić inne domowo-poddańcze czynności, od których feministkom opadłyby pończochy. I kurwa co? I nic. Życie płynie dalej, miesiące mijają, ja się coraz bardziej chowam w sobie, niedługo w ogóle mnie nie będzie. Tylko szary cień.

Takie są różnice w pozytywnym i negatywnym zniewoleniu (jakby ktoś kurwa jeszcze nie wiedział), ale raczej ameryki nie odkryłam, bo same laski to czytają ;-)








Pozytywne -->

















<-- Negatywne














Znajdź kurwa pięć różnic.

:P

To tak dla odprężenia.


Przed chwilą zadzwoniłam do Ostrej, gdyż miałam do niej sprawę, potrzebowałam archiwalnych smsów, a ona jest gorsza niż najgorsza teczka, wszystko ma spisane, wszystko przechowuje. Ona wie, co robiłeś kurwa 27 kwietnia 2005 :P I ja mówię, że właśnie piszę nowego posta, a ona: "Ooo, a będzie o mnie?" A więc, żeby nikt się nie czuł rozczarowany, będzie. Następną razą.

sobota, 10 lipca 2010

O kurwa jak mnie się nie chcę, o jezu, jak bardzo!

Kurde blade, właśnie staram się ogarnąć statystykę na przemian z makroekonomią i ni chuja nic do głowy mi już nie wchodzi. Za dużo, panie, za dużo! Postanowiłam więc napisać, aby się trochę odmóżdżyć, a może właśnie dotlenić. Lubię to miejsce, bo tu nikt mi nie zwraca uwagi na to, co piszę i jak piszę. I tak powinno właśnie być. Długo nie pisałam, bo a to nie było czasu albo przepijałam piniędze zamiast coś nasmarować albo się wkurwiłam co nie miara i chciałam napisać ale nie miałam już siły nawet na to albo też chciałam napisać, bo się wkurwiłam ale tak płakałam, że nie widziałam ekranu.

A więc teraz w skrócie - zalało nasz kurwa piękny mlekiem i ściekiem płynący kraj ze dwa razy, a pewnie za rok powtórka, bo państwo z tym chuja robi. Do mnie na szczęście nie dotarła wielka woda, to shut the fuck up i siedzę jak na obywatela przystało. Po drugie naszym prezydentem nie jest już kabaczek, ani kartofel, czy inny ptak, bo tamten urwał i upadł, czy jak to tam było. No mniejsza. Teraz jest Bronek, który wygląda jakby upalił się porządnie przed orędziem i hasał po lesie, ale przynajmniej nie jest z partii prawie (i) sprawiedliwej (co?), więc jest spoko. Raz się kurwa społeczeństwo zachowało jak należy. I nawet frekwencja była spora jak na Polskę. Zaraz mi się tu pewnie Ostra oburzy, bo ona popiera byłego premiera (się zachciało i zrymowało!), więc już nie będę rozwijać dalej tego wątku.

To teraz wyjmując z innej beczki... Jestem na jedynym kurwa wydziale w tym kraju, który ma zajęcia do końca lipca. Ale nikt nie uprzedzał, to skąd mogłam wiedzieć, się w życiu takich cudów na kiju nie spodziewałam. I teraz dymam kurwa, siedzę nad książkami, a i tak pewnie chuj wielki ekhm CHUJ WIELKI (no!) z tego będzie ale nie mów hop, póki nie upadniesz (i znowu - co?). No więc mniejsza o to, bo kurwa nikt tego nie chce czytać, że się kurwa uczę w lipcu i zresztą nie dziwota.

Aha, zapomniałam dodać o zimowym tête à tête Ostrej, które zrobiło się potem wiosennym, a następnie letnim, a teraz Ostra jest już prawie członkiem rodziny, więc ma dwie, co niektórzy chcieliby mieć a niektórzy nie (mi na ten przykład jedna w zupełności styka) ale kto wie ten wie o co kaman, a nie będę dalej pisać. Ma Ostra tatuaż? Ma. A różowe pióro? Ma. A Seks uprawia? Uprawia. No to nie ma się co rozwijać.

Jeśli natomiast chodzi o Słonię to powróciła do nas z Espanii, aby nosić kamienie dla słoni, a wynosić kupy, co wagę ma podobną jak zakładam, a potem szczotkuje żyrafie szyję i lata z ptakami po ptasiarni czy ptakonarium, czy jak to tam się nazywa. I myślcie co chcecie ale ona niczego nie bierze, tylko ma praktyki w ZOO. I wyrywa samce na słonie. Albo słonie na samce, bo któż to wie co naprawdę woli :P

Wracając do mnie, chociaż temat mojej osoby jest zazwyczaj najmniej emocjonujący, to niestety 2 lipca rozstałam się definitywnie z moim kotem, który już od paru miesięcy cierpiał na przypadłość najczęściej śmiertelną, zwaną rakiem. O tym zbyt wiele pisać nie będę, bo to nie czas i miejsce i za duża rana jest po niej, żeby o tym w ogóle mówić ale znaczyła dla mnie po tysiąckroć więcej niż niejeden człowiek. I to jest kurwa takie niesprawiedliwe właśnie. Pierdolę, kurwa mać, jebane, kurwa, pierdolone, popieprzone życie. Chuj. Dobra, koniec tematu, bo zaraz pęknę jak za mała gumka.

Kurwa. Poza tym jest chujowo, nie wiem jak jeszcze kurwa wstaję rano, mam ochotę wtedy rzygnąć i zwinąć się w precel jak embrion i tak zostać przez następną dekadę. Przecipieć przez życie. To jest kurwa tekst dopiero. Aż mi sprawdzacz pisowni podkreślił na czerwono. No więc moje nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie, mniej więcej tak, jak na tym blogu, wątki się przeplatają, nikt nie wie o czym pierdolę, nawet ja sama najczęściej tego nie wiem, dlatego to będzie na tyle.

A teraz przerwa na reklamę, więc będę mało oryginalna i wrzucę gołą babę (no, prawie gołą), którą aktualnie mam na tapecie.




I sobie myślę czasem tak, że może jak się długo pogapię, to mi się orientacja zmieni. Bo faceci są kurwa tak żałośnie beznadziejni (oczywiście są nieliczne, potwierdzające regułę wyjątki), że aż dupę ściska i nic się nie mieści.





A na zakończenie trochę poezji z chuja, czyli co wytworzyłam jadąc metrem, a następnie autobusem, żeby spędzić ostatni wieczór z moją kotą ukochaną.


Wszystko zespala się w jedną całość,
idziemy naprzód, nie oglądając się za siebie,
rozglądam się wokół nie myśląc o niczym.

Są takie chwile...
dokładnie takie jak ta...
kiedy po prostu mogłabym umrzeć...
choćby zaraz, bo wiem...
że nic na mnie nie czeka.

Każdy idzie naprzód,
każdy twardo w swoją stronę,
nikt nie myśli o nikim,
a ja boję się pomyśleć o sobie,
bo wiem, że nie znajdę powodu,
by się uśmiechać.

Czasem gdy wszystko jest bez sensu,
mam ochotę krzyczeć głośno,
aby każdy usłyszał,
że coś jest nie tak z tym światem.

Życie mija mi między palcami,
a ja czuję tylko niemą bezsilność
i nie wiem...
czy kiedyś to minie.

Czemu to nie ja choruję na śmiertelną chorobę?
Czemu wbijasz mi tylko pojedyncze szpilki?

Czy to moje błędy z przeszłości...
czy po prostu czarne myśli?

Nie wiem tego,
naprawdę nie wiem,
jedno jest pewne,
już nie można zawrócić...
z raz obranej drogi.

Więc jestem tu...
i wciąż brnę przed siebie.
Tylko po co to,
po co?


I koniec kurwa tego dobrego, bo mam cztery godziny na naukę.
Czas na mocniejszy arsenał. Czas na Tigera. Lol. Ekhm...

czwartek, 18 marca 2010

Rozpierdolę kurwom te baraki.

Na początek ukłon w stronę kolegi, który ostatnio pozbawił się owłosienia czaszkowego - podziękowanie za tekst na tytuł. Zobaczyłam w nim tyle gniewu i ironii, że nie mogłam się oprzeć aby go nie wykorzystać.



Dawno nie pisałam. Ze dwa miesiące prawie będą. Ale chuj z tym, bo co tak na prawdę znaczy dawno. Względem niektórych rzeczy nie ma to kompletnie znaczenia. Poza tym najbardziej znaczący jest fakt, że mnie to zwyczajnie pierdoli, że tyle nie pisałam. Tak jakby to ktoś czytał, kurwa. Naszło mnie akurat teraz, bo już i tak jestem zła, smutna, niezadowolona, wkurwiona, sfrustrowana, zestresowana, a tak krócej to po prostu rozczarowana. Sobą chyba najbardziej. Bo co jest ze mną nie tak, że kurwa tak się nic nie układa. Czy to świat się sprzymierzył, czy ja jestem ostatnia ośla dupa i po prostu tak już mam, skazana jestem na niepowodzenie każdej obranej misji? A może kurwa sobie zasłużyłam na taką chujnię, jaką mam? Chuj to wie, kto mam mi powiedzieć, skoro podobno tam na górze nic nie ma? A ja jednak myślę, że jest ale jakaś zupełnie bezosobowa masa, kreująca nasze życie, które ma swoje określone przeznaczenie ale wynikające z konkretnych czynów, także chyba do końca nie jest przejebane, skoro jeszcze jakieś decyzje możemy podejmować. Ja przynajmniej tak to sobie wyobrażam, każdy w coś wierzy, bez tego nie da się żyć. Ja wierzę w przeznaczenie. I w reinkarnację. Nie wierzę za to w przypadek. I tak jest lepiej, jeśli tłumaczysz sobie dlaczego akurat jest tak, jak jest. Wszystko ma swoje dobre i złe strony, nawet coś, co z pozoru wydaje nam się tragedią. Coś mi się wydaje, że pierdolę od rzeczy. Albo nie, jeśli mam rację, to czemu tak trudno jest podjąć pewne decyzje, czemu wydaje mi się, że bez niektórych osób umrę jak bez tlenu. Zwinę się jak roślinka, uschnę, umrę. A może to jest już koniec drogi, może po prostu tak już musi być, fajnie było, potem było chujowo, trzeba było skoczyć z mostu dekadę temu, kurwa, wniosek z tego. A może skoro już tyle dałam radę, może jeszcze coś tam na mnie czeka. Tylko czemu jest tak ciężko, co? Czemu mnie tak każesz, przecież masz wszystko co chcesz. Niczego nie zabraniam, przymykam oko, staram się. A może właśnie tego nie chcesz. Albo już sama nie wiem. Może powinnam być dalej zimną suką, jak kiedyś, pewnie wyszło by mi na dobre. I chuj, że ludzie mówili źle o mnie, teraz ja sama źle o sobie mówię. Codziennie zastanawiam się czy to jest moja wina. Czemu nie mam już siły, jak kiedyś. Czemu codziennie rano, jak się obudzę, myślę o tym, jak fajnie było by zaćpać i tak leżeć kurwa do zmroku. Albo przez pięć kolejnych dni, a potem na wpół wpierdolona przez kota zostać znaleziona przez kogoś. Mam nadzieję, że przez Ciebie. Może byś zapamiętał to do końca życia. Taki obrazek codziennie w głowie może pewne rzeczy uprzykrzać. Ale pewnie nie wytłumaczyć. Bo Tobie się nie da wytłumaczyć. Ty nie rozumiesz. Mnie, moich cierpień, stresu, tego od czego głowa mi pęka. A ja co rano zastanawiam się jaki jest sens, przekonuję sama siebie, że jednak warto wstać, choć tak na prawdę sobie nie wierzę, bo niby dlaczego warto? Na zewnątrz wciąż to samo gówno, ludzie tak samo chujowi, Ty znowu mnie zranisz, będę płakać całą noc, a rano się okaże, że nawet nie pamiętasz, co mi powiedziałeś. Kurwa, jak ja nienawidzę tego całego syfu. Zastanawiam się cały czas co by tu zrobić, żeby sobie ulżyć, upuścić trochę złych myśli. Kiedyś się dlatego cięłam, wtedy pomagało. Teraz chyba bym musiała przeciąć się na pół aby był jakiś efekt. Kiedyś napisałam taki mądry tekst:
"Co dzień umieram, co noc rodzę się na nowo."


I to właśnie taka kolejność jest. Rano budzę się i mam dość, dopiero nocą odżywam. Pewnie dlatego nie śpię. Lepiej mi w nocy, można się spokojnie ukryć w ciszy, w cieniu. A potem znowu przychodzi poranek. Czuję, że umieram. Rozpadam się kawałek po kawałku, z każdym Twoim słowem, kłamstwem, nieodebranym telefonem, uśmiechem nie do mnie, ukrywaniem się, brakiem odpowiedzi na wiele rzeczy, niezrozumieniem, chłodem. Umieram. Mam ochotę krzyczeć, moje ciało rozrywa się na pół, czasem liczę na bombę, na zagładę, na koniec świata. Niech przyjdzie i mnie pochłonie. A jeśli odrodzę się na nowo, niech nigdy Twoja noga nie stanie na mej drodze. Żebym nigdy Cię nie spotkała. Czasem zastanawiam się jakby to było nigdy Cię nie poznać. Albo po prostu pójść w swoją stronę, gdy jeszcze było można. Boże, myślałam, że jedyną osobą, o której tak myślę, jest On. Nie Ty. A jednak. Może takich osób jest więcej. Czasem jest tak, że widzisz kogoś pierwszy raz w życiu i już wiesz, to Twoja druga połowa. Wiesz, że 5 sekund wystarczy aby całkowicie zmienić życie, jeśli była by taka potrzeba. Nie zastanawiasz się. Liczy się tylko tu i teraz. Ale często jest za późno aby ta połowa też wiedziała. Często już po jabłkach. I chuj zrobisz. Możesz tylko patrzeć. U Ciebie nigdy tego nie widziałam. Po prostu tak wyszło. Niemniej jednak jest mi dobrze, myślałam, że Tobie też. To znaczy mówisz, że tak ale skąd mam wiedzieć jak jest na prawdę, skoro nie wiem czy mogę Ci wierzyć. Chcę Ci ufać. Bez tego oszaleję. Czuję to. Czemu tak się dzieje. To co trzyma mnie przy życiu niszczy mnie jednocześnie. I tak w końcu uschnę. Z Tobą czy bez Ciebie. Dobrze jest mieć wybór. Serio. Gdyby nie było wyboru, kim bylibyśmy? Teoretycznie nie bylibyśmy. Praktycznie wychodzi na to samo gówno. A teraz idę strzelić sobie w głowę. Nawet alkohol się skończył. Bohater. Chuj nie bohater.

czwartek, 28 stycznia 2010

Prawdziwy jeans się nie pali, a prawdziwego dresu się nie pierze.

Krótka historyjka spacerowa vol.1 (z grudnia 2009)!


Ja: To w którą stronę idziemy?

Ostra: W tę, bo w tamtą jest za wiele pokus.

Ja: Pokus?

Ostra: No tak, buda z kebabem, chińczyk i facet, co sprzedaje dropsy.

Ja: Dropsy... :)))

Ostra: Widzisz? Dlatego idziemy w tę stronę.



I przerwa na reklamę!

Specjalnie dla Tygrysa :P





A teraz piosnka - wersja finalna,
czyli co tworzę, gdy w głowie gorzej:



Tygrys baunsuje, a kot wciąż mlaszcze,
Bo tygrys się lansuje, no a kota się głaszcze...

Dam diri dam dam diri dam... i jedziemy!

Najprawdziwsze tygrysy żyją w sercu Kenii,
a jak kota pierzesz, to kot się pieni (czyt. pienji),

Tygrys jest w paski, a kot - to różnie,
tygrys zbiera oklaski, a kot patrzy w próżnię,

lecz gdy razem baunsuja nie ma chuja we wsi,
nikt im nie dorówna i taki koniec tej pieśni!


[ludzie klaszczą, tłumy szaleją]


Specjalnie dla Lokiego - mrocznego kolegi,
co uciekł z obczyzny by w ojczyźnie żyć (!):

SILNIK OD....ZASTAWY !



Niestety nie znalazłam dobrej foty jajeti :P