Ja pierdolę. I znów będzie narzekanie. Jest niedzielno-poniedziałkowa noc, a ja jutro, a w zasadzie dzisiaj muszę wstać o 6. Zajebiście. I pomyśleć, że powinnam się cieszyć, bo od dzisiaj oficjalnie mam wakacje. Wreszcie. Ale jakoś nie chcę mi się spać. Chcę mi się seksu. I pić. Na szczęście do tego drugiego miałam łatwiejszy dostęp, bo wystarczyło udać się do lodówki, gdzie dla własnego i innych bezpieczeństwa, trzymam coś zawsze na czarną godzinę, taką jak ta. A już miałam wczoraj pisać, jak to zaczęła się dobra passa, moje życie seksualne odżyło w niesamowitej prędkości i nabrało sadomasochistycznych rumieńców, a tu nagle regres jak chuj. Było dobrze od środy. Do wczoraj rano. No kurwa. I teraz ile będę czekać na powrót tych dobrych momentów, bycia miłym, spędzania razem czasu, no i przede wszystkim seksu?! Pewnie kurwa z miesiąc. Na to tylko, żeby potem cieszyć się parę dni i korzystać jak tylko się da, bo w każdej chwili może się zmienić jak w kalejdoskopie. Dzisiaj już nie było różowo. Nie było seksu. "Jestem śpiący" - wczoraj wieczorem, spał kurwa 13h, a ja czekałam jak ta pizda, aż się obudzi, ja tu tego, a ten wstaje i "jestem głodny", a potem wpierdolił śniadanie, zostawił burdel w kuchni i zasiadł do konsoli. Kiedyś kurwa nie wytrzymam. To poszłam do wanny, aby ze złości nie rozjebać 42 cali i nie powiedzieć czegoś, czego nie będę już mogła cofnąć, a ten przychodzi i się pyta "co tam?", No kurwa. "Nic tam, kurwa, masz 5 sekund, żeby opuścić to pomieszczenie" - myślę. Ale nie mówię. Czemu tego nie mówię, się zastanawiam. Bo i tak by chuj z tego był. Powiedziałby "aha" i wrócił do konsoli, albo jeszcze, co ciekawsze, by się obraził. Faceci są w tej dziedzinie arcymistrzami. Szkoda, że kurwa na olimpiadzie nie ma takiej dyscypliny. Jako naród moglibyśmy wreszcie mieć się czym pochwalić. No nic, wyszłam z wanny, a ten sobie kurwa poszedł gdzieś. Po jakimś czasie odreagowałam, jest ok. Wraca. Popierdolił smuty, zasiadł do komputera. Kurwa. Ja pierdolę, jesteśmy w tym samym mieszkaniu, to czemu, do jasnej pizdy, piszemy do siebie na gtalku? On przy jednym kompie, ja przy drugim. Nosz fak. A potem przyszedł i mówi, że wychodzi za pół godziny. Zajebioza, kurwa, istna poezja. "Mieliśmy razem spędzić tę niedzielę. RAZEM." - mówię. "Fakt" - pada lakoniczna odpowiedź. Jak kurwa na wszystko. I poszedł. "Ale wrócę za pół godziny." - usłyszałam na odchodne. "Jasne, kurwa. Jasne." Za dobrze znam skurczybyka. Wrócił po prawie 3 godzinach. I mówi, że mnie kocha. Nie no super, skakałabym, z radości, gdyby nie to, że nie robi to na mnie wrażenia. Nie w takiej formie. Nie w takiej sytuacji. Mówię więc "słowa nic nie znaczą, jeśli nie są poparte gestami". A on w odpowiedzi poszedł spać. No bo przecież o 6 trzeba wstać i jechać kurwa do pracy. No pewnie. Ja pierdolę. "Ale ja nie śpię, ja na Ciebie czekam." - słyszę zza ściany. "To nie czekaj." "Ale jak to, nie chce Ci się spać?" - szok, normalnie. "Chce mi się pić." - odpowiadam zgodnie z prawdą, po czym przymykam mu drzwi i idę zrobić sobie drinka, z którym zasiadam do pisania tych smutów. Czasem nóż się otwiera w kieszeni. Gdybym mogła wybierać chciałabym być aseksualna. Po prostu. Albo chociaż być lesbijką i lać na facetów ciepłym moczem. Dość mam kurwa tego. W tym miesiącu zostałam już trzy razy zapytana o to, "czemu wy jesteście jeszcze razem?" Kurwa. Gdyby nie to, że kocham go jak nikogo nigdy, to bym pewnie już dawno urządziła jesień średniowiecza i poszła sobie kurwa w swoją stronę. Wróciłyby stare nawyki. Czasem myślę, że to mnie niszczyło psychicznie. Samoupokorzenie za każdym razem. Ale czy teraz nie męczę się bardziej? Czy każda wylana łza, każdy skurcz brzucha, każdy wypity kieliszek, to nie jest dowód cierpienia, które wymyka się z pod kontroli? Ale nie odejdę w swoją stronę. W żadną nie odejdę. Zostanę, wiem to na pewno. Czasem dziwimy się, czemu kobiety są z facetami, którzy je ranią. A to nic innego jak miłość podpowiada nam takie rozwiązania, zupełnie ignorując głos rozsądku, który przecież chce nam pomóc. My też go olewamy. Czasem wydaje mi się, że to wszystko moja wina. Być może ojciec mówi mi to zbyt często, być może siostra za dużo wpaja mi swoich racji, ale czuję, że jednak wiem lepiej. Może kiedyś przyjdzie taki moment, że będę pewna swoich decyzji, a nawet z nich zadowolona. A teraz obecna sytuacja, z dobrą i złą passą, przypomina mi inną, z przed kilku lat. Z Panem U. On tez miał takie skoki, zmiany totalne, a ja wtedy śmiertelnie zapatrzona i do bólu zakochana, znosiłam dzielnie wszystko. Wtedy było jeszcze gorzej, bo przecież nigdy nie byliśmy razem, a on nawet nie wiedział, że jego jedno słowo, było dla mnie ważniejsze niż milion słów wszystkich innych. Wtedy myślałam jeszcze, że to uczucie jest dobre. Że to nie jest masochistyczne złudzenie miłości, której nigdy nie było. Że przecież robię sobie krzywdę. Chociaż patrząc z perspektywy czasu na całe moje życie, to autokrzywda jest moim drugim ja. Pamiętam jak dziś te momenty. Zima, -20 stopni, to nic. Mogłam zamarzać na ławce, żeby tylko być w jego towarzystwie. Spędzić te parę godzin. Bałam się drgnąć, popatrzeć na zegarek, żeby nie usłyszeć "dobra, zbieramy się". W lato raniłam sobie stopy niewygodnymi japonkami, a potem szłam boso do domu, bo on miał jeszcze szybsze tempo chodzenia niż ja. Ale nic to. Wtedy nie liczyło się nic innego, tylko chwila obecna. Ten moment. Chłonęłam go całym sobą. Gdy myślę o tym dzisiaj, wciąż nie żałuję ani chwili. Wtedy było pięknie. A potem słuchałam o nowych dziewczynach. Jak się wiązał i jak się rozstawał. I zawsze wracał do mnie, pogadać, pospacerować. Jak to kiedyś ujęłam "to był człowiek, z którym przeszłam najwięcej kilometrów w życiu". Symboliczne znaczenie prawie, jakby się nad tym zastanowić. Ale nie mam jakoś szczęścia do relacji damsko-męskich. Po jakimś czasie osoba, która była dla mnie podporą i kawałkiem nieba, staje się źródłem największych cierpień. Mówię tu o nich dwóch, bo przemiana podobna. Tylko relacja trochę inna. A może to we mnie tkwi problem? Czasem tak myślę. Może kiedyś jak już będę kłębkiem nerwów, większym niż teraz, większym niż można to sobie wyobrazić, to się ogarnę i stanę na nogi. Zacznę jeszcze raz. Ale to nie dziś. Nie jutro. Nie teraz. Jeszcze nie nadszedł czas.



