poniedziałek, 26 lipca 2010

Seks i alkohol przyjmę w każdej ilości.



Ja pierdolę. I znów będzie narzekanie. Jest niedzielno-poniedziałkowa noc, a ja jutro, a w zasadzie dzisiaj muszę wstać o 6. Zajebiście. I pomyśleć, że powinnam się cieszyć, bo od dzisiaj oficjalnie mam wakacje. Wreszcie. Ale jakoś nie chcę mi się spać. Chcę mi się seksu. I pić. Na szczęście do tego drugiego miałam łatwiejszy dostęp, bo wystarczyło udać się do lodówki, gdzie dla własnego i innych bezpieczeństwa, trzymam coś zawsze na czarną godzinę, taką jak ta. A już miałam wczoraj pisać, jak to zaczęła się dobra passa, moje życie seksualne odżyło w niesamowitej prędkości i nabrało sadomasochistycznych rumieńców, a tu nagle regres jak chuj. Było dobrze od środy. Do wczoraj rano. No kurwa. I teraz ile będę czekać na powrót tych dobrych momentów, bycia miłym, spędzania razem czasu, no i przede wszystkim seksu?! Pewnie kurwa z miesiąc. Na to tylko, żeby potem cieszyć się parę dni i korzystać jak tylko się da, bo w każdej chwili może się zmienić jak w kalejdoskopie. Dzisiaj już nie było różowo. Nie było seksu. "Jestem śpiący" - wczoraj wieczorem, spał kurwa 13h, a ja czekałam jak ta pizda, aż się obudzi, ja tu tego, a ten wstaje i "jestem głodny", a potem wpierdolił śniadanie, zostawił burdel w kuchni i zasiadł do konsoli. Kiedyś kurwa nie wytrzymam. To poszłam do wanny, aby ze złości nie rozjebać 42 cali i nie powiedzieć czegoś, czego nie będę już mogła cofnąć, a ten przychodzi i się pyta "co tam?", No kurwa. "Nic tam, kurwa, masz 5 sekund, żeby opuścić to pomieszczenie" - myślę. Ale nie mówię. Czemu tego nie mówię, się zastanawiam. Bo i tak by chuj z tego był. Powiedziałby "aha" i wrócił do konsoli, albo jeszcze, co ciekawsze, by się obraził. Faceci są w tej dziedzinie arcymistrzami. Szkoda, że kurwa na olimpiadzie nie ma takiej dyscypliny. Jako naród moglibyśmy wreszcie mieć się czym pochwalić. No nic, wyszłam z wanny, a ten sobie kurwa poszedł gdzieś. Po jakimś czasie odreagowałam, jest ok. Wraca. Popierdolił smuty, zasiadł do komputera. Kurwa. Ja pierdolę, jesteśmy w tym samym mieszkaniu, to czemu, do jasnej pizdy, piszemy do siebie na gtalku? On przy jednym kompie, ja przy drugim. Nosz fak. A potem przyszedł i mówi, że wychodzi za pół godziny. Zajebioza, kurwa, istna poezja. "Mieliśmy razem spędzić tę niedzielę. RAZEM." - mówię. "Fakt" - pada lakoniczna odpowiedź. Jak kurwa na wszystko. I poszedł. "Ale wrócę za pół godziny." - usłyszałam na odchodne. "Jasne, kurwa. Jasne." Za dobrze znam skurczybyka. Wrócił po prawie 3 godzinach. I mówi, że mnie kocha. Nie no super, skakałabym, z radości, gdyby nie to, że nie robi to na mnie wrażenia. Nie w takiej formie. Nie w takiej sytuacji. Mówię więc "słowa nic nie znaczą, jeśli nie są poparte gestami". A on w odpowiedzi poszedł spać. No bo przecież o 6 trzeba wstać i jechać kurwa do pracy. No pewnie. Ja pierdolę. "Ale ja nie śpię, ja na Ciebie czekam." - słyszę zza ściany. "To nie czekaj." "Ale jak to, nie chce Ci się spać?" - szok, normalnie. "Chce mi się pić." - odpowiadam zgodnie z prawdą, po czym przymykam mu drzwi i idę zrobić sobie drinka, z którym zasiadam do pisania tych smutów. Czasem nóż się otwiera w kieszeni. Gdybym mogła wybierać chciałabym być aseksualna. Po prostu. Albo chociaż być lesbijką i lać na facetów ciepłym moczem. Dość mam kurwa tego. W tym miesiącu zostałam już trzy razy zapytana o to, "czemu wy jesteście jeszcze razem?" Kurwa. Gdyby nie to, że kocham go jak nikogo nigdy, to bym pewnie już dawno urządziła jesień średniowiecza i poszła sobie kurwa w swoją stronę. Wróciłyby stare nawyki. Czasem myślę, że to mnie niszczyło psychicznie. Samoupokorzenie za każdym razem. Ale czy teraz nie męczę się bardziej? Czy każda wylana łza, każdy skurcz brzucha, każdy wypity kieliszek, to nie jest dowód cierpienia, które wymyka się z pod kontroli? Ale nie odejdę w swoją stronę. W żadną nie odejdę. Zostanę, wiem to na pewno. Czasem dziwimy się, czemu kobiety są z facetami, którzy je ranią. A to nic innego jak miłość podpowiada nam takie rozwiązania, zupełnie ignorując głos rozsądku, który przecież chce nam pomóc. My też go olewamy. Czasem wydaje mi się, że to wszystko moja wina. Być może ojciec mówi mi to zbyt często, być może siostra za dużo wpaja mi swoich racji, ale czuję, że jednak wiem lepiej. Może kiedyś przyjdzie taki moment, że będę pewna swoich decyzji, a nawet z nich zadowolona. A teraz obecna sytuacja, z dobrą i złą passą, przypomina mi inną, z przed kilku lat. Z Panem U. On tez miał takie skoki, zmiany totalne, a ja wtedy śmiertelnie zapatrzona i do bólu zakochana, znosiłam dzielnie wszystko. Wtedy było jeszcze gorzej, bo przecież nigdy nie byliśmy razem, a on nawet nie wiedział, że jego jedno słowo, było dla mnie ważniejsze niż milion słów wszystkich innych. Wtedy myślałam jeszcze, że to uczucie jest dobre. Że to nie jest masochistyczne złudzenie miłości, której nigdy nie było. Że przecież robię sobie krzywdę. Chociaż patrząc z perspektywy czasu na całe moje życie, to autokrzywda jest moim drugim ja. Pamiętam jak dziś te momenty. Zima, -20 stopni, to nic. Mogłam zamarzać na ławce, żeby tylko być w jego towarzystwie. Spędzić te parę godzin. Bałam się drgnąć, popatrzeć na zegarek, żeby nie usłyszeć "dobra, zbieramy się". W lato raniłam sobie stopy niewygodnymi japonkami, a potem szłam boso do domu, bo on miał jeszcze szybsze tempo chodzenia niż ja. Ale nic to. Wtedy nie liczyło się nic innego, tylko chwila obecna. Ten moment. Chłonęłam go całym sobą. Gdy myślę o tym dzisiaj, wciąż nie żałuję ani chwili. Wtedy było pięknie. A potem słuchałam o nowych dziewczynach. Jak się wiązał i jak się rozstawał. I zawsze wracał do mnie, pogadać, pospacerować. Jak to kiedyś ujęłam "to był człowiek, z którym przeszłam najwięcej kilometrów w życiu". Symboliczne znaczenie prawie, jakby się nad tym zastanowić. Ale nie mam jakoś szczęścia do relacji damsko-męskich. Po jakimś czasie osoba, która była dla mnie podporą i kawałkiem nieba, staje się źródłem największych cierpień. Mówię tu o nich dwóch, bo przemiana podobna. Tylko relacja trochę inna. A może to we mnie tkwi problem? Czasem tak myślę. Może kiedyś jak już będę kłębkiem nerwów, większym niż teraz, większym niż można to sobie wyobrazić, to się ogarnę i stanę na nogi. Zacznę jeszcze raz. Ale to nie dziś. Nie jutro. Nie teraz. Jeszcze nie nadszedł czas.


poniedziałek, 19 lipca 2010

"Miłość to połykanie piasku wyschniętymi wargami."



...Czyli trochę smętnych staroci, które w końcu zebrałam do kupy. Żeby nie było na tym blogu zbyt optymistycznie.

Ten mądry cytat przeczytałam kiedyś w czyimś kalendarzu, siedząc na bezpłodnym wykładzie, który jeszcze pogarszało to, że nie wzięłam okularów. Powiedziałam wtedy, że zgadzam się i ten cytat jest bardzo fajny, bo pasuje do rzeczywistości, tak to moim zdaniem wygląda. Wszystkie dziewczyny na około mnie się zdziwiły i stwierdziły, że one go nie rozumieją. Powiedziałam im, że życzę aby nie rozumiały go jak najdłużej. I wychodzi kurwa na to, że tylko ja mam takie dziwne problemy. Cytat ten zainspirował mnie do napisania czegoś jeszcze bardziej anty-love (nowe słowo?):


"Miłość gorsza jest niż nienawiść,
bo twarz nienawiści to zawiść,
a miłość ma tysiąc twarzy,
tysiąc opcji wydarzeń.

I tylko zabić się można z rozpaczy,
z żalu i z bezsilności,
albo zachlać twarz po tysiąckroć.
Do nieprzytomności..."

styczeń 2010r.



A potem jeszcze były takie cuda (lipiec 2010r.):

"Serce jest jak poduszka do szpilek."





<----------
A potem się okazało, że ludzie już dawno na to wpadli (!) i nawet takie robią i sprzedają. Po 30 złotych! Prawie voodoo chyba to jest ;-)











Ostatnio mam tak dość, że nawet nie wiem jak mam to opisać, budzę się zmęczona bardziej niż jak się kładłam, brzuch boli, jakby ktoś przypierdolił bez skrupułów prosto w żołądek. Wstaję rano, mam ochotę się porzygać, ale niestety nie można wyrzygać wszystkich problemów, całego życia i smutku. Gdyby można było, pewnie miałabym anoreksję emocjonalną. I dobrze.

Jak bardzo chciałabym kiedyś się obudzić i nie czuć nic. Nie kochać, nie nienawidzić, nie czuć smutku, ani złości. Dla tej permanentnej apatii poświęciłabym nawet uczucia takie jak radość, bo ich i tak jest nie wiele,
a przecież po nich przychodzi szarość.

Jak śpiewała kiedyś Chylińska w piosence "Niczyja"
(nie ma jak stare dobre O.N.A.):

"...Są noce kiedy nie chce się żyć
Są czarne chwile, nie każda mija..."


I taka jest kurwa przykra prawda. Chociaż ja mam raczej takie dni, nie noce, bo nocami jakoś odżywam, jest mi lepiej, mogę odetchnąć. A za dnia czuję się przytłoczona. Było tak odkąd pamiętam.

Teraz piszę te pierdoły, bo po prostu nie mogę znaleźć motywacji i siły psychicznej aby się uczyć do sesji, czyli dwóch egzaminów w najbliższą sobotę. Statystyki nie liczę, bo mam poprawkę. Wrzesień welcome to, kurwa. Może marne pocieszenie ale Słonia i Ostra też mają, także nie jestem może aż takim głąbem. Pierdolę.

A skoro już jesteśmy przy starociach, to trochę wspomnień smsowych.



Sms do Tygrysa, 2 grudnia 2009 rok, wieczór:


"Pierdolę facetów. Baby też pierdolę.
Chuj kurwa, czasem mam tak dość wszystkiego,
że nawet płakać mi się nie chce. W dupę."


Wtedy miałam jakiegoś doła, nie pamiętam już dlaczego, wiem tylko, że w porównaniu do tego co czułam i myślałam 5 dni później (6/7 grudnia), to był zwyczajny pikuś. Kurwa, wtedy się właśnie zaczęło sypać. I się sypie do tej pory. Wszyscy to kurwa widzą, tylko ja staram się nie. Przecież wiem, nie jestem ślepa. Ale mam kurwa zbyt duże pokłady nadziei chyba. Czemu nie mogę kurwa kiedyś po prostu pierdolnąć drzwiami i sobie pójść w siną dal? Czemu kurwa jestem tak słaba i beznadziejnie zapętlona we własne racje, że nie mogę zebrać się do kupy i raz zrobić czegoś rozsądnego. Żeby poprzeć teorię stosownym przykładem, poniżej kolejny, już nie tak odległy sms.



Sms do Ostrej, 6 lipca 2010 rok, gruba noc:


"Wkurwiłam się dzisiaj niemiłosiernie.
Taka czarna rozpacz.
I nawet się nie ma gdzie schować.
Kiedyś mu przypierdolę tak,
że odbiję sobie za te wszystkie złe chwile."


A potem jej popierdoliłam smuty w ramach życzeń urodzinowych,
bo akurat się złożyło, że takowe miała. Takie oto te życzenia były:


"A tak pozatym to sto lat, sto lat!
Trochę czarne życzenia urodzinowo imieninowe.
Ale za to z serca. A może z głowy, jako że rozum jest lepszym doradcą.
Życzę Ci, żebyś nigdy nie miewała takich chwil jak ja mam teraz.
I żebyś nigdy niczego nie żałowała.
I myśl tylko o sobie, bo nie warto o innych."


Czasami sobie wyobrażam masakrę i destrukcję. Jak robię burdel stulecia, jakby tajfun przeszedł, a potem zapalam papierosa, zbieram swoje rzeczy i jadę spokojnie do domu. I jakoś mi się lepiej robi jak tak sobie imaginuję. A potem wzdycham, wstaję i idę koszule prasować albo robić inne domowo-poddańcze czynności, od których feministkom opadłyby pończochy. I kurwa co? I nic. Życie płynie dalej, miesiące mijają, ja się coraz bardziej chowam w sobie, niedługo w ogóle mnie nie będzie. Tylko szary cień.

Takie są różnice w pozytywnym i negatywnym zniewoleniu (jakby ktoś kurwa jeszcze nie wiedział), ale raczej ameryki nie odkryłam, bo same laski to czytają ;-)








Pozytywne -->

















<-- Negatywne














Znajdź kurwa pięć różnic.

:P

To tak dla odprężenia.


Przed chwilą zadzwoniłam do Ostrej, gdyż miałam do niej sprawę, potrzebowałam archiwalnych smsów, a ona jest gorsza niż najgorsza teczka, wszystko ma spisane, wszystko przechowuje. Ona wie, co robiłeś kurwa 27 kwietnia 2005 :P I ja mówię, że właśnie piszę nowego posta, a ona: "Ooo, a będzie o mnie?" A więc, żeby nikt się nie czuł rozczarowany, będzie. Następną razą.

sobota, 10 lipca 2010

O kurwa jak mnie się nie chcę, o jezu, jak bardzo!

Kurde blade, właśnie staram się ogarnąć statystykę na przemian z makroekonomią i ni chuja nic do głowy mi już nie wchodzi. Za dużo, panie, za dużo! Postanowiłam więc napisać, aby się trochę odmóżdżyć, a może właśnie dotlenić. Lubię to miejsce, bo tu nikt mi nie zwraca uwagi na to, co piszę i jak piszę. I tak powinno właśnie być. Długo nie pisałam, bo a to nie było czasu albo przepijałam piniędze zamiast coś nasmarować albo się wkurwiłam co nie miara i chciałam napisać ale nie miałam już siły nawet na to albo też chciałam napisać, bo się wkurwiłam ale tak płakałam, że nie widziałam ekranu.

A więc teraz w skrócie - zalało nasz kurwa piękny mlekiem i ściekiem płynący kraj ze dwa razy, a pewnie za rok powtórka, bo państwo z tym chuja robi. Do mnie na szczęście nie dotarła wielka woda, to shut the fuck up i siedzę jak na obywatela przystało. Po drugie naszym prezydentem nie jest już kabaczek, ani kartofel, czy inny ptak, bo tamten urwał i upadł, czy jak to tam było. No mniejsza. Teraz jest Bronek, który wygląda jakby upalił się porządnie przed orędziem i hasał po lesie, ale przynajmniej nie jest z partii prawie (i) sprawiedliwej (co?), więc jest spoko. Raz się kurwa społeczeństwo zachowało jak należy. I nawet frekwencja była spora jak na Polskę. Zaraz mi się tu pewnie Ostra oburzy, bo ona popiera byłego premiera (się zachciało i zrymowało!), więc już nie będę rozwijać dalej tego wątku.

To teraz wyjmując z innej beczki... Jestem na jedynym kurwa wydziale w tym kraju, który ma zajęcia do końca lipca. Ale nikt nie uprzedzał, to skąd mogłam wiedzieć, się w życiu takich cudów na kiju nie spodziewałam. I teraz dymam kurwa, siedzę nad książkami, a i tak pewnie chuj wielki ekhm CHUJ WIELKI (no!) z tego będzie ale nie mów hop, póki nie upadniesz (i znowu - co?). No więc mniejsza o to, bo kurwa nikt tego nie chce czytać, że się kurwa uczę w lipcu i zresztą nie dziwota.

Aha, zapomniałam dodać o zimowym tête à tête Ostrej, które zrobiło się potem wiosennym, a następnie letnim, a teraz Ostra jest już prawie członkiem rodziny, więc ma dwie, co niektórzy chcieliby mieć a niektórzy nie (mi na ten przykład jedna w zupełności styka) ale kto wie ten wie o co kaman, a nie będę dalej pisać. Ma Ostra tatuaż? Ma. A różowe pióro? Ma. A Seks uprawia? Uprawia. No to nie ma się co rozwijać.

Jeśli natomiast chodzi o Słonię to powróciła do nas z Espanii, aby nosić kamienie dla słoni, a wynosić kupy, co wagę ma podobną jak zakładam, a potem szczotkuje żyrafie szyję i lata z ptakami po ptasiarni czy ptakonarium, czy jak to tam się nazywa. I myślcie co chcecie ale ona niczego nie bierze, tylko ma praktyki w ZOO. I wyrywa samce na słonie. Albo słonie na samce, bo któż to wie co naprawdę woli :P

Wracając do mnie, chociaż temat mojej osoby jest zazwyczaj najmniej emocjonujący, to niestety 2 lipca rozstałam się definitywnie z moim kotem, który już od paru miesięcy cierpiał na przypadłość najczęściej śmiertelną, zwaną rakiem. O tym zbyt wiele pisać nie będę, bo to nie czas i miejsce i za duża rana jest po niej, żeby o tym w ogóle mówić ale znaczyła dla mnie po tysiąckroć więcej niż niejeden człowiek. I to jest kurwa takie niesprawiedliwe właśnie. Pierdolę, kurwa mać, jebane, kurwa, pierdolone, popieprzone życie. Chuj. Dobra, koniec tematu, bo zaraz pęknę jak za mała gumka.

Kurwa. Poza tym jest chujowo, nie wiem jak jeszcze kurwa wstaję rano, mam ochotę wtedy rzygnąć i zwinąć się w precel jak embrion i tak zostać przez następną dekadę. Przecipieć przez życie. To jest kurwa tekst dopiero. Aż mi sprawdzacz pisowni podkreślił na czerwono. No więc moje nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie, mniej więcej tak, jak na tym blogu, wątki się przeplatają, nikt nie wie o czym pierdolę, nawet ja sama najczęściej tego nie wiem, dlatego to będzie na tyle.

A teraz przerwa na reklamę, więc będę mało oryginalna i wrzucę gołą babę (no, prawie gołą), którą aktualnie mam na tapecie.




I sobie myślę czasem tak, że może jak się długo pogapię, to mi się orientacja zmieni. Bo faceci są kurwa tak żałośnie beznadziejni (oczywiście są nieliczne, potwierdzające regułę wyjątki), że aż dupę ściska i nic się nie mieści.





A na zakończenie trochę poezji z chuja, czyli co wytworzyłam jadąc metrem, a następnie autobusem, żeby spędzić ostatni wieczór z moją kotą ukochaną.


Wszystko zespala się w jedną całość,
idziemy naprzód, nie oglądając się za siebie,
rozglądam się wokół nie myśląc o niczym.

Są takie chwile...
dokładnie takie jak ta...
kiedy po prostu mogłabym umrzeć...
choćby zaraz, bo wiem...
że nic na mnie nie czeka.

Każdy idzie naprzód,
każdy twardo w swoją stronę,
nikt nie myśli o nikim,
a ja boję się pomyśleć o sobie,
bo wiem, że nie znajdę powodu,
by się uśmiechać.

Czasem gdy wszystko jest bez sensu,
mam ochotę krzyczeć głośno,
aby każdy usłyszał,
że coś jest nie tak z tym światem.

Życie mija mi między palcami,
a ja czuję tylko niemą bezsilność
i nie wiem...
czy kiedyś to minie.

Czemu to nie ja choruję na śmiertelną chorobę?
Czemu wbijasz mi tylko pojedyncze szpilki?

Czy to moje błędy z przeszłości...
czy po prostu czarne myśli?

Nie wiem tego,
naprawdę nie wiem,
jedno jest pewne,
już nie można zawrócić...
z raz obranej drogi.

Więc jestem tu...
i wciąż brnę przed siebie.
Tylko po co to,
po co?


I koniec kurwa tego dobrego, bo mam cztery godziny na naukę.
Czas na mocniejszy arsenał. Czas na Tigera. Lol. Ekhm...