piątek, 2 września 2011

PROTECT ME FROM WHAT I WANT.

Dzisiaj zrozumiałam, że są rzeczy nam przeznaczone. Są powody, dla których dobieramy się w pary. Istnieją też i takie, dla których tkwimy w niszczących nas związkach. Nie każdy musi wierzyć w przeznaczenie. Można po prostu powiedzieć, że pociągają nas rzeczy, których nie możemy posiąść. Ja niestety zmagam się ze swoją naturą łowcy, która nienawidzi uległych facetów, takich do rany przyłóż, miłych etc. I dlatego właśnie pokochałam faceta, który wymyka mi się ciągle przez palce. I chyba dlatego to tyle trwa. Dzisiaj sobie to uświadomiłam. Pomiędzy przeżywaniem kaca, po pseudofilozoficznej nocy z wczoraj, a skurczami brzucha, spowodowanymi okresem z dzisiaj, nagle mnie olśniło. Znam powód swojej nieszczęśliwej miłości. Wow. Niestety to nie jest film, nie dostane Oscara za nieprzewidywalny zwrot akcji, tylko będzie tak, jak zawsze w życiu. Nic się nie zmieni. A ja dalej rozpaczliwie szukam antidotum na złego faceta w gorszym, ziemia się kręci, Chińczycy się mnożą, dług publiczny rośnie etc etc... Jedyne rozwiązanie na jakie błyskotliwie natknęłam się w zakamarkach mojego umysłu, to takie, iż muszę robić dokładnie to, co on. Być taka sama, tajemnicza, ciągle pokazywać, że nie może mnie posiąść, że trzeba zabiegać. Bo inaczej w końcu roztopię się we własnej goryczy i łzach, jeśli wcześniej nie zeżrą mnie wrzody. Wszystko jest możliwe. Wiem, że bez niego dam sobie radę. Że to kiedyś przestanie boleć. Że jest szansa na nieskończenie w roli starej panny. Ale ja tego nie chcę. Bo życie bez niego nie jest takie samo. Niby wszystko działa na tych samych zasadach ale we mnie jest taka wielka pustka. Podobno ją widać, przynajmniej tak słyszałam. Czarna dziura. Są chwile, kiedy chciałabym nie mieć tego dylematu ani żadnego innego. Po prostu się położyć i mieć wszystkie problemy tego świata gdzieś. Ale to nie jest jednak takie proste. Może powinnam być większą egoistką. Kiedyś miałam wszystko w dupie, robiłam co chciałam i było mi dużo lepiej. A teraz? Staram się dopasować do cywilizowanych i społecznie pożądanych wzorców i jest mi, nie inaczej, jak źle. Także bilans jest prosty.
Czasem chce mi się krzyczeć. Zabierzcie mnie stąd.
Wczoraj czekając na kumpla w centrum miasta, grupka nawiedzonych gości grała rockowe pieśni religijne i jeden z nich przekonywał zgromadzony tłum do tego, iż każdy z nas może zwrócić się do Jezusa i powiedzieć: "Ratuj mnie!" i on faktycznie pospieszy nam z pomocą. Tak, jasne. Że niby cywile, zabijani podczas wszystkich wojen, się nie modlą? I co wtedy. Nic. Dalej są zabijani. A co ja mam powiedzieć? Ratuj mnie przede mną samą? To chyba moja rola, żeby ogarnąć własne życie, niczyja inna. Choć jakże pięknie by było narobić sobie syfu w życiu, wiedząc, że ktoś przyjdzie i pomoże nam posprzątać. Ale tak nie jest. Nikt nie przyjdzie z pomocą. Więc mówię sobie głośno:
"Chroń mnie przed tym, czego pragnę."

poniedziałek, 30 maja 2011

LOVE / HATE


Nienawidzę Cię za wszystko.

Za nas.
Za to, że dałeś mi nadzieję.
Za to, że ciągle dajesz mi ją na nowo.
Za ciągłe cierpienia.
Za to, że przez Ciebie zraziłam się do mężczyzn.
Za to, że nie ufam kobietom.
Za wszystkie marzenia, które razem budowaliśmy.
Za to, że zniszczyłeś je w sekundę.
Za to, że mój świat runął.
Za to, kim się przy Tobie stałam.
Za to, że straciłam pewność siebie.
Za kobietę, którą się stałam i której nie poznaję.
Za wszystkie łzy, które wylałam.
Za wszystkie złe chwile.
Za to, że nie jesteś tego warty.
Za te kłamstwa, którymi mnie karmiłeś.
Za moją nerwicę natręctw.
Za to, że mam wszystkiego dość.
Za zmarnowane wieczory na gapieniu się w ekran komórki.
Za fałszywe uśmiechy.
Za niespełnione obietnice.
Za moje wrzody żołądka.
Za nerwową atmosferę.
Za to, że czuję się starsza o 10 lat.
Za to, że uczyniłeś swój świat moim.
Za to, że potem zamknąłeś mi drzwi do niego przed nosem.
Za utratę wiary.
Za to, że czuję się głupia i naiwna.
Za to, że ciągle się boję.
Za to, że krzyczę na niewinnych ludzi, żeby wyładować złość.
Za wszystkie wspólne chwile.
Za to, że otworzyłam się przed Tobą.
Za poczucie bezpieczeństwa.
Za to, że naprawdę zmieniłam się dla Ciebie.
Za to, że teraz nienawidzę siebie.
Za to, że jestem przy Tobie bezbronna.
Za rozwalone telefony, którymi rzucałam o ścianę.
Za potłuczone naczynia z rozpaczy.
Za to jakim strasznym człowiekiem się stałam.
Za to, że Ci zaufałam.
Za to, że mnie ranisz.
Za to, że wciąż nie uciekam, chociaż wiem, że powinnam.
Za huśtawki nastrojów.
Za to, że dowiedziałam się jak to jest, gdy pęka serce.
Za wszystkie dobre chwile.
Za wszystkie złe chwile.
Za to, że czuję się taka beznadziejna.
Za to, że popełniam w kółko te same błędy.
Za domek na wsi, zbudowany z marzeń.
Za to, że nie mam siły.
Za brak radości.
Za smutek w oczach, który mnie zdradza.
Za to, że jesteś.
Za wszystkie inne rzeczy, których nie wymieniłam.
Za całe zło świata.
Za "kocham Cię", które napisałeś mi na dłoni.
Za nadzieję.
Za głód na świecie i wojny w imię religii.
Za to, że jesteś facetem.
Za to, że nie jesteś kobietą, wtedy nienawidziłabym Cię bardziej.
Za to, że seks już nigdy nie będzie taki sam.
Za marnowanie mojego czasu.
Za brak energii.
Za wszelkie frustracje.
Za to, że się nie zmienisz.
Za to, że się nie starasz.
Za to, że wcale tego nie chcesz.
Za to, że ciągle Ci wierzę, choć zawiodłam się tyle razy.
Za to, że mam ochotę Cię zabić ale nie mogę.
Za to, że masz pieprzone szczęście w życiu.
Za to, że tak na mnie działasz.

Za to, że ciągle kocham Cię tak mocno, że cała nienawiść nic nie daje.




Za ciągłą wiarę w to, że jeszcze będzie dobrze.

sobota, 7 maja 2011

Bo kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że jesteś zupełnie sam.

Nie ma już nas.
Jestem ja.
I cisza.
Pustka.
Nic.

Nagle, jak ręką odjął, nie ma nikogo.
Brak miłych gestów, słów i ludzi.
Jak świat wali Ci się na głowę, to nie licz na to, że ktoś ci pomoże.
Na samym dnie walczysz już tylko sam ze sobą.

Zawsze się tego bałam.
Myślałam, że serce pęknie.
Że umrę psychicznie.
Że nie dam rady.

Lecz dopiero teraz dotknęłam dna samotni.
Nie mogę się odbić.
Albo nie chcę.
Chyba nie mam siły.
Boję się, że to nie koniec.

Najpierw przyszła ulga.
Nie możesz mnie już bardziej zranić.
Nawet nie wiesz, jak bardzo się myliłam.
To jest nie do opisania.

Lecz ciągle mam nadzieję.
Że między nami jeszcze będzie dobrze.
Czy to głupie i naiwne?
Być może.
Czy dostarczy mi nowych cierpień?
Pewnie tak.

Ale nie mogę.
Po prostu nie mogę.
Uwierzyć, że to koniec.

Że już nie ma nas.
Że teraz muszę iść sama.
Że już nie zobaczę jak uśmiechasz się na mój widok.
Że nigdy już nie uśmiechnę się widząc Ciebie.

A może to jeszcze nie jest dno.
Ciągle słyszę echo studni.
Nie poddam się teraz.
To nie ten moment.
Jeszcze nie...

Jeszcze może być dobrze.

Idę.